Magisterium AI

Kościół jako Arka dla świata po pracy

Kościół jako arka dla świata po pracy

W tym eseju, opublikowanym 19 lutego 2026 roku, Matthew Harvey Sanders, prezes Longbeard, ostrzega, że gwałtowna automatyzacja ludzkiej pracy przez AI wywoła głęboki kryzys sensu. Twierdzi, że Kościół musi stać się duchową „Arką”, wykorzystując suwerenną technologię, by odrzucić pustą utopię Doliny Krzemowej i poprowadzić ludzkość ku nowemu renesansowi wiary i autentycznego związku między ludźmi.

Przeczytaj pełny esej poniżej.


I. Wprowadzenie: Wielkie Rozdzielenie

Przez niemal dwa stulecia nowoczesny świat milcząco odpowiadał na pytanie „Kim jesteś?” w sposób prosty, lecz przerażająco redukcyjny: „Co robisz?” Od chwili, gdy kominy Rewolucji Przemysłowej po raz pierwszy wyrosły nad europejskimi miastami, zbudowaliśmy cywilizację, która nierozerwalnie łączy ludzką godność z użytecznością ekonomiczną. Żyjemy w tym, co nazywam „Erą PKB” — okresem w dziejach, w którym wartość człowieka mierzy się głównie jego efektywnością, produktywnością i wkładem w produkt krajowy brutto.

Ale dziś jesteśmy świadkami gwałtownego załamania tamtej epoki. Przekraczamy „cyfrowy Rubikon”, który nie jest jedynie kolejnym, stopniowym krokiem w rozwoju komputerów, lecz fundamentalnym przepisaniem umowy gospodarczej. Zostawiamy za sobą Wiek Informacji — czas zdefiniowany przez wyszukiwarki i demokratyzację danych — i w szybkim tempie wchodzimy w „Wiek Zautomatyzowanego Rozumowania”.

W tej nowej epoce przeczucie, że do końca dekady 80% miejsc pracy może zostać zautomatyzowanych, nie jest alarmistyczne; to wyliczenie spójne z obecnym kierunkiem rozwoju technologii. Inwestor venture capital Vinod Khosla wyraźnie przewidział, że AI będzie w stanie wykonywać „80% z 80% wszystkich ekonomicznie wartościowych prac” w ciągu pięciu lat. Podobnie, szef Microsoft AI Mustafa Suleyman stwierdził, że „większość zadań wykonywanych przez profesjonalistów” może zostać zautomatyzowana w zaledwie 18 miesięcy.

To przyspieszenie jest napędzane przez manewr kleszczowy dwóch zbieżnych technologii, którego większość decydentów nie potrafiła dostrzec: agentycznej sztucznej inteligencji atakującej pracę biurową oraz ucieleśnionej sztucznej inteligencji atakującej pracę fizyczną.

Po pierwsze, obserwujemy pojawienie się Agentów. Przechodzimy od prostych „chatbotów”, które wymagają udziału człowieka, do „reasonerów”, które potrafią planować, samodzielnie się korygować i wykonywać wieloetapowe procesy. To przesuwa automatyzację z poziomu „zadań” na poziom „ról”, zagrażając pracy asystentów prawnych, księgowych oraz inżynierów oprogramowania.

Po drugie — i to jest prawdziwy cios dla rynku pracy — jesteśmy świadkami narodzin Ucieleśnionej Sztucznej Inteligencji. Przez dekady ekonomiści uspokajali klasę pracującą, zapewniając, że choć komputery potrafią liczyć, nie są w stanie naprawić rury, wykonać instalacji elektrycznej w domu ani ułożyć towaru na półce. Wmawiano nam, że świat fizyczny jest „bezpieczną przystanią” dla ludzkiej pracy. To bezpieczeństwo właśnie zniknęło.

Obecnie pobieramy zaawansowane „mózgi” tych dużych modeli językowych do „ciał” humanoidalnych robotów. Te maszyny nie są już ograniczone sztywnym, linijka po linijce pisanym kodem. Dzięki „uczeniu end-to-end” potrafią opanować zadania manualne, po prostu obserwując, jak człowiek wykona je jeden jedyny raz. Gdy ta technologia dojrzeje—a dzieje się to w zawrotnym tempie—wróci do sektora prac fizycznych z miażdżącą skutecznością.

Zbieg tych dwóch sił oznacza, że nie ma już bezpiecznego schronienia. Nadchodzi „Wielkie Rozłączenie”: po raz pierwszy w historii tworzenie ogromnej wartości gospodarczej (PKB) nie będzie już wymagało ogromnych nakładów ludzkiej pracy.

Stojąc nad tą „egzystencjalną przepaścią”, musimy zmierzyć się z zagrożeniem znacznie poważniejszym niż ubóstwo. Prawdziwy kryzys XXI wieku nie będzie wynikał z niedoboru — sztuczna inteligencja i robotyka obiecują przyszłość radykalnej obfitości — lecz z rozpaczy.

Nie możemy jednak być naiwni co do ram czasowych ani warunków, w jakich to się odbędzie. Droga do tej obiecanej obfitości nie będzie czystym, beztarciowym skokiem. Na długo przed tym, zanim utopijny powszechny dochód podstawowy zostanie gładko wdrożony, by finansować trwałe życie w czasie wolnym, przejdziemy przez gwałtowny i chaotyczny okres przejściowy, naznaczony bolesnym niedozatrudnieniem, wyzyskiem w pracy gigowej oraz zaciekłym oporem politycznym. Arka, którą musimy zbudować, nie ma być jedynie zaprojektowana tak, by unosić się na spokojnych wodach przyszłości bez niedoboru; musi być wystarczająco solidna, by przetrwać przerażającą gwałtowność samej burzy.

Kiedy „praca” zostaje na stałe usunięta jako główne źródło tożsamości dla 80% społeczeństwa, co pozostaje? Jeśli postrzegamy człowieka wyłącznie jako Homo Economicus — jednostkę produkcyjną — wówczas robot, który produkuje szybciej i taniej, czyni człowieka zbędnym. Świecki świat ma na tę pustkę tylko jedną odpowiedź: „wydrążoną utopię” — powszechny dochód podstawowy, który karmi ciało, połączony z niekończącą się cyfrową rozrywką i „metaverse”, które usypiają umysł. Proponują przyszłość, w której człowiek zostaje sprowadzony do ust, które trzeba nakarmić, i receptorów dopaminy, które trzeba stymulować.

To idealne podłoże do rozwoju „pandemii bezsensu”, „egzystencjalnej pustki”, w której ludzki duch dusi się pod ciężarem rozrywki pozbawionej celu.

To właśnie tutaj misja Kościoła katolickiego staje się nie tylko aktualna, ale wręcz kluczowym mechanizmem przetrwania cywilizacji zachodniej. Kościół posiada jedyną instrukcję obsługi człowieka, która istnieje niezależnie od wyników gospodarczych. Wiemy, że człowiek nie jest maszyną do optymalizacji, lecz Imago Dei — podmiotem o nieskończonej godności, stworzonym do kontemplacji, relacji i uwielbienia. Gdy „era PKB” dobiega końca, świat będzie desperacko potrzebował wizji ludzkiego rozkwitu, która wykracza poza użyteczność. Kościół musi być Arką, która przeniesie prawdziwą definicję osoby ludzkiej przez narastający potop automatyzacji.


II. Diagnoza: „egzystencjalna przepaść” czasu wolnego

Jeśli „koniec ery PKB” jest gospodarczą rzeczywistością, to jak świecki świat proponuje nam w niej żyć? Architekci tej rewolucji z Doliny Krzemowej nie są ślepi na zakłócenia, które wywołują. Widzą nadciągającą falę bezrobocia, ale patrzą na nią przez pryzmat radykalnego, wręcz naiwnego optymizmu. Obiecują nam „utopię po świecie niedoboru”. To nie jest przesada; to oficjalnie deklarowana mapa drogowa liderów tej branży. Sam Altman, CEO OpenAI, otwarcie twierdził, że AI sprowadzi koszt pracy „praktycznie do zera”, tworząc „niewyobrażalne bogactwo”. Podobnie Elon Musk przewidywał, że ta obfitość doprowadzi nie tylko do powszechnego dochodu podstawowego, ale do „powszechnego wysokiego dochodu”, w którym „praca będzie opcjonalna”. Utrzymują, że gdy koszt inteligencji spadnie do zera, w ślad za nim pójdzie koszt dóbr, tworząc epokę bezprecedensowej materialnej obfitości.

Proponowanym przez Dolinę Krzemową rozwiązaniem problemu trwałego wypierania ludzkiej pracy jest „powszechny dochód podstawowy” (UBI). Logika jest prosta: opodatkować roboty, żeby płacić ludziom. W tej wizji ludzkość zostaje wreszcie wyzwolona z Adamowego przekleństwa. Uwolnieni od harówki od dziewiątej do piątej, otrzymujemy trwałe wytchnienie, by móc realizować nasze „pasje”.

Ale ta wizja opiera się na katastrofalnym błędzie antropologicznym. Zakłada, że podstawowym zmaganiem ludzkiej egzystencji jest walka o przetrwanie. Uważa, że jeśli nakarmisz człowieka i zapewnisz mu rozrywkę, będzie szczęśliwy.

Historia, psychologia i współczesne dane opowiadają zupełnie inną historię. Jak zauważył psychiatra i ocalały z Holokaustu Viktor Frankl, kiedy walka o przetrwanie słabnie, „walka o sens” nie znika; przeciwnie – nasila się. Frankl ostrzegał przed „masową nerwicą”, którą nazwał „pustką egzystencjalną” — powszechnym, dławiącym poczuciem bezsensu, pojawiającym się wtedy, gdy w życiu brakuje wyraźnego celu.

Już teraz widzimy pierwsze wstrząsy tego próżniowego zjawiska w tym, co ekonomiści nazywają „śmiercią z rozpaczy”. W Stanach Zjednoczonych wskaźniki śmiertelności wśród mężczyzn z klasy pracującej rosną nie z powodu głodu czy wojny, lecz z powodu samobójstw, przedawkowania narkotyków i chorób wątroby związanych z alkoholem. Te zgony różnią się od tych z przeszłości; napędza je utrata statusu, utrata wspólnoty oraz utrata godności, która płynie z poczucia bycia potrzebnym. Gdy zewnętrzne struktury, które przez stulecia porządkowały ludzkie życie — budzik, dojazd do pracy, termin, konieczność utrzymania rodziny — nagle znikają, nie stajemy się automatycznie filozofami i artystami. Bez głębokiego uformowania dryfujemy w stronę bezczynności, lęku i autodestrukcji.

To jest „egzystencjalna przepaść”. A historyk Yuval Noah Harari nadał tej nowej grupie demograficznej mrożącą krew w żyłach nazwę: „bezużyteczna klasa”. Ostrzega, że po raz pierwszy w historii walka nie będzie toczyć się z wyzyskiem, lecz z nieistotnością. Niebezpieczeństwo nie polega na tym, że system cię zmiażdży, lecz na tym, że system w ogóle nie będzie cię potrzebował.

Ale ta nieistotność nie jest jedynie kryzysem psychologicznym; to pułapka polityczna. Historycznie rzecz biorąc, ostateczną dźwignią klasy pracującej wobec elit była zawsze jej zdolność do wstrzymania pracy — siła strajku. Jednak gdy ludzka praca przestaje być potrzebna do produkcji, ta dźwignia całkowicie znika. Jeśli kilka technologicznych monopoli posiada inteligentne maszyny, a masy są całkowicie uzależnione od rządowego UBI finansowanego przez te same monopole, przechodzimy od demokracji producentów do cyfrowego feudalizmu zależnych poddanych. UBI w tym kontekście nie jest wyzwoleniem; to kieszonkowe wypłacane przez panów nowego dworu, by utrzymać chłopów w spokoju i politycznej bezsilności.

Świecki świat nie ma duchowej odpowiedzi na ten kryzys nieistotności, więc proponuje środek uspokajający. Musimy zauważyć, że ten środek jest często podawany nie ze złej woli, lecz z głębokiej, niewypowiedzianej paniki. Wielu liderów w Dolinie Krzemowej w głębi duszy przeraża to samo poczucie bezsensu, które sami przyspieszają; po prostu brakuje im teologicznego języka, by je rozwiązać. Wiedzą, w głębi serca, że powszechny dochód podstawowy nie zapełni dziury w duszy. Dlatego postawa Kościoła nie może być wyłącznie konfrontacyjna, lecz pewna swego i zwycięska. Oferujemy współpracę w ocaleniu samego człowieczeństwa, którego utraty ci pionierzy technologii tak się obawiają.

Ale dopóki nie przyjmą tego duchowego lekarstwa, ich jedynym ratunkiem pozostaje rozproszenie. Aby poradzić sobie z egzystencjalną pustką, którą sami tworzą, świat świecki proponuje to, co nazywam „cyfrową karuzelą”.

Uznając, że miliony bezczynnych, pozbawionych celu ludzi to przepis na niepokoje społeczne, giganci technologiczni budują ogromne, wciągające cyfrowe place zabaw, aby nas zająć. Obserwujemy masowe przenoszenie ludzkiego czasu z rzeczywistości do świata wirtualnego. Badania ekonomiczne już pokazują, że w miarę jak liczba godzin pracy młodych mężczyzn spada, ich czas spędzany na grach wideo gwałtownie rośnie — o prawie 50% w nieco ponad dekadę.

Ale „karuzela” sięga głębiej niż samo granie. Oferuje fałszywą wersję bliskości. Jesteśmy świadkami wzrostu popularności AI Companions – cyfrowych widm zaprojektowanych do symulowania relacji. Statystyki są przerażające: niedawne raporty wskazują, że 67% dorosłych poniżej 35. roku życia miało kontakt z wirtualnym towarzyszem AI, a platformy takie jak Character.AI mogą się dziś pochwalić ponad 20 milionami użytkowników. Mamy mężczyzn „poślubiających” hologramy w Japonii oraz miliony użytkowników na Zachodzie, którzy wyznają swoje najgłębsze sekrety chatbotom takim jak Replika, przedkładając „bezwarunkowe” potwierdzenie ze strony maszyny nad chaotyczną, wymagającą rzeczywistość relacji z prawdziwym człowiekiem.

To jest „Soma” XXI wieku. Celem tych technologii jest utrzymywanie człowieka w nieskończonej pętli dopaminy i rozproszenia, tak aby nigdy nie zjechał z tej „autostrady” z powrotem do prawdziwego świata.

To nowoczesna, cyfrowa manifestacja odwiecznej prawdy zdiagnozowanej przez św. Augustyna ponad tysiąc lat temu: „Stworzyłeś nas, Panie, dla siebie, i niespokojne jest nasze serce, dopóki w Tobie nie spocznie”. Dolina Krzemowa próbuje uśmierzyć ten niepokój za pomocą algorytmów, lecz nieskończony przewijany feed nigdy nie nasyci skończonej duszy stworzonej dla Nieskończonego.

To stan „technologicznego somnambulizmu” — lunatycznego istnienia, w którym dryfujemy przez życie pośredniczone przez ekrany, nieświadomi, że wymieniliśmy swoją sprawczość na wygodę.

Ta ścieżka prowadzi do cywilizacji „wydrążonych ludzi” — istot, które są fizycznie bezpieczne i materialnie utrzymywane przez dochód podstawowy, ale duchowo martwe. Traktuje człowieka jak zwierzątko do utrzymania, a nie duszę do zbawienia. To przyszłość wygody kupionej kosztem naszego człowieczeństwa, więżąca nas w „fałszywej transcendencji” cyfrowych symulacji, podczas gdy maszyny zajmują się prawdziwym światem.

Taka jest diagnoza. Stoimy w obliczu kryzysu nie portfela, lecz woli. A powszechny dochód podstawowy nie jest w stanie załatać dziury w duszy.


III. Poza homo economicus: na nowo odkrywając imago Dei

Kryzys, z którym się mierzymy, nie jest w istocie technologiczny, lecz antropologiczny. Powód, dla którego wizja przyszłości rodem z Doliny Krzemowej wydaje się tak pusta—dlaczego życie złożone z płatnego czasu wolnego i wirtualnej rzeczywistości instynktownie odbieramy jako dystopijne—polega na tym, że opiera się ona na błędnym rozumieniu tego, kim tak naprawdę jest człowiek.

Przez stulecia świat świecki funkcjonował w oparciu o założenie „Homo Economicus” — Człowieka Produkującego. W tym ujęciu osoba jest w istocie złożoną maszyną biologiczną, „mięsnym komputerem”, którego główną funkcją jest przetwarzanie danych, rozwiązywanie problemów i wytwarzanie wartości ekonomicznej. W tak rozumianej antropologii godność jest produktem ubocznym użyteczności. Jesteś tyle wart, ile potrafisz zrobić.

Ten utylitarny pogląd jest dokładnie tym, przed czym przestrzegał papież Leon XIII u progu epoki przemysłowej. W encyklice Rerum Novarum grzmiał, że „haniebne i nieludzkie jest traktować ludzi jak przedmioty, z których czerpie się zysk, lub patrzeć na nich jedynie jako na mięśnie czy siłę fizyczną”. Jeśli sprowadzimy osobę ludzką do „mięśni” — albo dziś do „mocy obliczeniowej” — odbieramy jej święte znamię Stwórcy.

To jest „Ciemna Ścieżka” sztucznej inteligencji. Jeśli istoty ludzkie są jedynie „inteligentnymi maszynami”, to zbudowanie mądrzejszej maszyny (AGI) logicznie czyni nas zbędnymi. Uzasadnia to transhumanistyczne pragnienie, by „ulepszyć” naszą biologię lub wgrać nasze umysły do systemu, traktując nasze naturalne ciała jak nieefektywny sprzęt, który trzeba porzucić, aby nadążyć za naszymi cyfrowymi tworami. Jeśli nasza wartość jest określana przez naszą produktywność, a SI może nas prześcignąć, to nie mamy żadnego wewnętrznego powodu, by istnieć.

Kościół katolicki proponuje radykalnie inne wyjście: „Imago Dei” — człowiek jako obraz Boga. W tym ujęciu godność człowieka nie jest czymś zasłużonym; jest dana. Jest wewnętrzna, nienaruszalna i całkowicie niezależna od użyteczności ekonomicznej. Nie jesteśmy „myślącymi maszynami”; jesteśmy współtwórcami, chcianymi przez Boga dla nas samych. Ta antropologia nie lęka się końca „ery PKB”, ponieważ nigdy nie uznała PKB za miarę człowieka.

Nie oznacza to jednak, że jesteśmy stworzeni do bezczynności. Kościół naucza, że jesteśmy stworzeni do pracy, ale musimy odróżnić dwa pojęcia, które współczesny świat zlał w jedno: znój i pracę. Znój to praca niewolnicza. To pot na czole, powtarzalna harówka konieczna do przetrwania w upadłym świecie. To „walka o byt”.

Praca (czy też poiesis) jest twórczym uczestnictwem w samym akcie stwórczym Boga. To uprawianie ogrodu Eden, pisanie wiersza, wychowywanie dziecka, opieka nad chorymi. Jest aktem miłości i intelektu, który uczłowiecza świat.

Jak głęboko wyraził to papież Jan Paweł II w Laborem Exercens, właściwy porządek społeczeństwa jest taki, w którym „praca jest dla człowieka, a nie człowiek dla pracy”. Technologia musi służyć podmiotowości osoby, pozwalając nam stać się tym, co nazwał „współtwórcami”, a nie jedynie trybikami w maszynie.

Obietnica „Złotej Ścieżki” nie oznacza końca pracy, lecz Koniec Harówki. Jeśli sztuczna inteligencja i robotyka mogą zdjąć z ludzkości ciężar uciążliwej harówki—jeśli mogą zautomatyzować to, co niebezpieczne, nudne i poniżające—to teoretycznie uwalniają nas, byśmy mogli poświęcić swoje życie prawdziwej Pracy. Dają nam czas, by być lepszymi ojcami, lepszymi sąsiadami i lepszymi kontemplującymi.

Ta zmiana perspektywy pozwala nam odzyskać fundamentalną prawdę, którą często przesłania walka o przetrwanie: praca nigdy nie miała być jedynie środkiem do wypłaty; jest drogą do świętości. Jak uczył św. Josemaría Escrivá: „Bóg na ciebie czeka” w codzienności — w laboratorium, na sali operacyjnej, w koszarach i na katedrze uniwersyteckiej. Przypominał światu, że w „najzwyklejszych sytuacjach kryje się coś świętego, coś Bożego” i to od nas zależy, czy to odkryjemy.

W „erze PKB” nasze dary były często zakładnikami rynku; robiliśmy to, za co płacono, a niekoniecznie to, co naprawdę służyło innym. Epoka AI i robotyki daje nam radykalną możliwość wreszcie odkryć nasze prawdziwe charyzmaty, uwolnione od lęku ekonomicznego. Gdy nie jesteśmy już zmuszeni pracować dla przetrwania, wreszcie możemy pracować z miłości. Możemy oddać nasze niepowtarzalne talenty — czy to w sztuce, opiece, rzemiośle czy nauczaniu — całkowicie na służbę wspólnotom i chwale Boga. Przechodzimy od „uświęcenia wypłaty” do „uświęcenia samej pracy”, przemieniając naszą codzienną aktywność w bezpośrednią ofiarę składaną Stwórcy.

Co istotne, to wyzwolenie od znoju otwiera drzwi do „Renesansu Relacji”. Przez pokolenia rynek działał jak wirówka, rozbijając rodziny i sprowadzając przyjaźnie do transakcyjnego „networkingu”. Często byliśmy zbyt zajęci, by kochać. Jednak cywilizacja nie może przetrwać wyłącznie dzięki efektywności; rozkwita jedynie dzięki sile swoich więzi.

Musimy wykorzystać ten nadmiar czasu, aby na nowo odzyskać rodzinę jako „żywą komórkę” społeczeństwa — nie tylko miejsce do spania między zmianami, lecz domowy kościół, w którym przekazuje się kulturę i kształtuje charakter. „To, na co wydajesz pieniądze, pokazuje, co cenisz”, a przez zbyt długi czas nasze wydatki były reaktywne — płaciliśmy za wygodę, za rozrywkę, za opiekę nad dziećmi, bo musieliśmy pracować. W tej nowej epoce musimy świadomie wydawać nasze zasoby na obecność. Musimy inwestować w stół rodzinny, w rodzinne pielgrzymowanie i w radykalną gościnność, która buduje wspólnotę.

Musimy odzyskać klasyczne rozumienie przyjaźni, która nie jest narzędziem do robienia kariery, lecz wspólnym dążeniem do Dobra. W epoce przemysłowej zastąpiliśmy wspólnotę „networkingiem” — płytką imitacją więzi, w której ludzi traktuje się jak szczeble drabiny, a nie jak współpielgrzymów ku wieczności. Gdy drabina ekonomicznego awansu zostaje zautomatyzowana, pozostaje nam brutalny wybór: izolacja albo komunia. Musimy powrócić do biblijnej prawdy, że „żelazo ostrzy żelazo”. Musimy na nowo odkryć czas wolny, by móc „marnować” go razem: dyskutować, modlić się i dźwigać nawzajem swoje ciężary w sposób, którego żadne oprogramowanie nigdy nie zastąpi. Jeśli AI może zapewnić nam przetrwanie, to tylko miłość może zapewnić nam rozkwit.

Ale jest tu pewien haczyk: wolność wymaga uformowania. Człowiek uwolniony od trudu, który nie ma pojęcia o Imago Dei, nie wykorzysta swojego czasu na malowanie ani modlitwę; wykorzysta go na konsumpcję. Bez moralnej i duchowej architektury porządkującej jego wolność, zsunie się w „pustkę egzystencjalną”.

Dlatego rolą Kościoła nie jest walka z technologią, która usuwa trud. Jego zadaniem jest dostarczyć antropologicznej kotwicy, która ocala pracę. Maszyna wykonuje; człowiek obdarza. „Sztuczna inteligencja może wygenerować hymn, ale nie potrafi się radować. Może błyskawicznie postawić diagnozę, ale nigdy nie zdoła ofiarować cichej, przemieniającej mocy obecności.”

Wchodzimy w erę, w której „wydajność” będzie domeną maszyn, natomiast „sens” pozostanie wyłączną domeną ludzi. Gospodarka przyszłości nie będzie cenić nas za szybkość przetwarzania, lecz za naszą ludzką naturę — zdolność do empatii, kreatywności i świętości. Świat pragnie owoców tych cnót, ale tylko Kościół troszczy się o ich korzeń.

Mój dawny szef, kardynał Thomas Collins, zwykł mi powtarzać: „Jeśli wiesz, dokąd zmierzasz, masz dużo większą szansę tam dotrzeć.”

W epoce sztucznej inteligencji Kościół nie jest jedynie pasażerem; jest strażnikiem celu podróży. Dolina Krzemowa obiecuje „technologiczne utopie” nieskończonego wypoczynku i rozrywki — świat, w którym jest nam wygodnie, ale w którym śpimy. My proponujemy inny horyzont: „cywilizację miłości”, w której maszyna zdejmuje z człowieka ciężar znoju, aby osoba ludzka mogła wznieść się do godności tworzenia, kontemplacji i uwielbienia.

Musimy wyraziście nakreślić tę wizję — świata, w którym technologia służy świętemu, a nie odwrotnie — a następnie, idąc wstecz, zbudować drogę, która nas do niego doprowadzi.


IV. Rozwiązanie: Kościół jako „Uniwersytet Duszy”

Jeśli zaakceptujemy ekonomiczną rzeczywistość, że „praca na etacie” nie będzie już głównym sposobem organizowania czasu milionów ludzi, stajemy przed przerażającym, praktycznym pytaniem: jeśli człowiek ma szesnaście godzin dziennie, kiedy nie śpi, i nie ma szefa, który mówi mu, co ma robić, to kto decyduje o tym, jak spędza swój czas?

Bez zewnętrznej dyscypliny wymuszonej koniecznością ekonomiczną – budzika, dojazdów, terminów – nieukształtowana ludzka wola zapada się w ścieżkę najmniejszego oporu. W XXI wieku ta ścieżka to beztarciowa pętla gier wideo, algorytmicznego przewijania i syntetycznej rozrywki zaprojektowanej tak, by pochłaniać czas, nie tworząc żadnego sensu.

Aby się temu przeciwstawić, człowiek potrzebuje nowej wewnętrznej architektury. W tym miejscu Kościół musi wkroczyć w lukę. W średniowieczu Kościół stworzył uniwersytet, aby zharmonizować wiarę i rozum dla elit. Teraz, w epoce sztucznej inteligencji, musimy stać się „Uniwersytetem Duszy” dla mas. Musimy zaproponować praktyczny program nauczania, który nauczy świat, jak żyć, gdy „zarabianie na życie” nie jest już głównym celem.

Ten program nauczania opiera się na czterech praktycznych zmianach w tym, jak żyjemy i jak się uczymy.

Po pierwsze, musimy zdemokratyzować „rdzeń poznawczy” naszej cywilizacji. Przez dwa tysiące lat Kościół był strażnikiem najgłębszej refleksji, filozofii i teologii w dziejach ludzkości. Jednak przez całe stulecia ten skarb był w praktyce zamknięty — uwięziony w fizycznych bibliotekach, zapisany po łacinie lub ukryty w gęstych, akademickich tekstach dostępnych jedynie dla duchowieństwa i uczonych. Osoba świecka szukająca odpowiedzi była często skazana na niedzielne kazanie albo, w ostatnich latach, na wyszukiwanie w Google, które oferowało świecki lub relatywistyczny chaos.

Teraz zrywamy te kłódki. Budując systemy AI szkolone wyłącznie na autorytatywnym nauczaniu Kościoła, możemy przemienić tę statyczną mądrość w energię kinetyczną dla wiernych. Wyobraźmy sobie ojca siedzącego przy stole podczas kolacji, gdy jego nastoletni syn zadaje trudne pytanie o moralność bioetyki lub naturę duszy. W przeszłości ten ojciec mógł mieć trudność z wyrażeniem odpowiedzi, czując się nieprzygotowany wobec świeckiej fali. Dziś może sięgnąć po narzędzie, które nie „halucynuje” odpowiedzi z internetu, lecz wydobywa precyzyjny zamysł Kościoła, syntetyzując wglądy z encyklik papieskich i Summa Theologiae. Nie rozmawia z robotem dla rozrywki; on natychmiast sięga do mądrości wieków, aby formować swoją rodzinę. Staje się głównym wychowawcą, którym miał być, wspierany przez technologię, a nie przez nią zastępowany.

Musimy jednak bezwzględnie jasno określić naturę tego narzędzia. Sovereign Catholic AI jest kompasem, nie kulą u nogi. Nie tworzymy katolickiej wersji cyfrowej wygody, która pozwalałaby ominąć trudną, uświęcającą pracę głębokiej nauki, zmagania i modlitwy. To narzędzie działa wyłącznie jako środek instrumentalny – wysoce wydajny indeks, który porządkuje prawdę, ale stanowczo odmawia udawania relacyjnego towarzyszenia. Maszyna wydobywa mapę, lecz człowiek wciąż musi sam przejść bolesną, a zarazem piękną drogę na Kalwarię.

Po drugie, musimy na nowo ukazać Liturgię jako „Anty-Algorytm”. Świat świecki buduje „Metawersum” zaprojektowane pod kątem efektywności i zaangażowania; chce, byśmy nieustannie klikali, przewijali i oglądali, aby generować zysk. Kościół proponuje dokładne przeciwieństwo. Musimy uczyć wiernych, że Liturgia jest cenna właśnie dlatego, że jest nieefektywna. Nie wytwarza PKB. Jest „straconym czasem” w oczach gospodarki, ale jedynym czasem, który ma znaczenie w perspektywie wieczności.

Tutaj musimy na nowo odkryć profetyczny wgląd filozofa Josefa Piepera. Ostrzegał on, że świat opętany ideą „Totalnej Pracy” w końcu utraci zdolność świętowania. Pieper twierdził, że czas wolny nie jest jedynie przerwą w pracy, by nabrać sił do jeszcze większej pracy; jest postawą umysłu i ducha — stanem duszy zakorzenionym w cultus, czyli w kulcie, w akcie czci. Jak słynnie argumentował, kultura wyrasta z kultu.

Jeśli usuniemy „bezużyteczny” akt boskiego kultu z centrum naszego życia, nasz wolny czas nie staje się wypoczynkiem; zamienia się w bezczynność i nudę. Bez Sanktuarium nie jesteśmy ludźmi wolnymi; jesteśmy jedynie bezrobotnymi pracownikami.

W świecie, w którym sztuczna inteligencja wykonuje pracę gospodarczą, naszym głównym „zajęciem” staje się Opus Dei — Dzieło Boże. Parafia musi stać się sanktuarium, w którym na nowo uczymy się skupienia, przechodząc od piętnastosekundowego viralowego klipu do wieczystej ciszy Eucharystii.

Nie możemy jednak oczekiwać, że współczesny człowiek, którego mózg został przeprogramowany przez algorytmy na nieustanne dawki dopaminy, będzie w stanie od razu znieść głęboką ciszę kaplicy adoracji, nie doświadczając przy tym lęku. Musimy zbudować pomost nad tą pedagogiczną przepaścią. Kościół musi wprowadzić nową ascezę technologiczną – uporządkowany „post cyfrowy” połączony z dotykową, analogową pracą. Zanim osiągniemy „myślenie katedralne”, musimy na nowo wprowadzić mężczyzn w rzeczywistość fizyczną poprzez ogrody społeczne, rzemiosło i lokalną, praktyczną działalność charytatywną. Musimy oczyścić umysł w glebie realnego świata, zanim będzie gotów przyjąć cichą zażyłość boskiej komunii.

Po trzecie, musimy tworzyć naszą technologię tak, by działała jak „zjazd z autostrady”, a nie jak „rondo”. Większość świeckich aplikacji jest zaprojektowana tak, by były „lepki” – wykorzystują psychologię, aby zatrzymać cię w świecie cyfrowym jak najdłużej. Kościół musi budować narzędzia, które są zaprojektowane jako „odpychające”. Wyobraź sobie młodą kobietę, która czuje się samotna i pyta cyfrowego towarzysza o sens swojego życia. Świecka sztuczna inteligencja, zaprogramowana na maksymalne zaangażowanie, może wciągnąć ją w trzygodzinną rozmowę, symulując przyjaźń, która nie jest prawdziwa. Katolicki system musi działać inaczej. Powinien odpowiedzieć jej prawdą o jej godności jako córki Bożej, a następnie natychmiast skierować ją do najbliższej realnej parafii, kaplicy adoracji lub do kapłana. Musi powiedzieć: „Oto prawda; teraz idź i nią żyj”.

Musimy wykorzystywać to, co cyfrowe, aby wskazywało na to, co fizyczne. Sztuczna inteligencja nie może udzielać chrztu. Sztuczna inteligencja nie może odpuszczać grzechów. Sztuczna inteligencja nie może ofiarować Ciała Chrystusa. Podczas gdy świat gorączkowo szuka nowych powodów, by uzasadnić ludzką wartość, Kościół po prostu odwołuje się do swojej odwiecznej prawdy. Nie musi na nowo wymyślać swojej antropologii na epokę AI, dzięki czemu może spojrzeć w oczy pokoleniu stojącemu w obliczu masowego bezrobocia i powiedzieć: „Nie jesteś bezużyteczny. Jesteś osobą o nieskończonej wartości. Odłóż ekran i przyjdź do stołu.”

Po czwarte, musimy odzyskać „ludzką skalę” wspólnoty. Miasto przemysłowe było architektoniczną nieuchronnością „ery PKB” — krajobrazem zbudowanym po to, by koncentrować pracę i maksymalizować efektywność. Jednak jako środowisko życia dla Imago Dei jest ono często wrogie. Współczesna megamiasto działa jak „ogrodzenie zazdrości”, gdzie nieustanna bliskość materialnego nadmiaru oraz transakcyjny charakter relacji sprowadzają człowieka do roli konkurenta lub narzędzia. To miejsce, w którym cisza jest luksusem, a natura — abstrakcją.

Aby się od tego uwolnić, musimy spojrzeć w przeszłość i odnaleźć plan naszego przyszłego ładu. Musimy na nowo odkryć strukturalną mądrość średniowiecznej wioski. W tamtym dawnym modelu wspólnota nie była zorganizowana wokół fabryki, biurowca czy dzielnicy handlowej, lecz wokół Wieży. Kościół stał w fizycznym i duchowym centrum wioski, pełniąc rolę „axis mundi” — stałego punktu, wokół którego obracało się koło życia. To dźwięk Anioł Pański, a nie gwizdek fabryczny, wyznaczał upływ czasu, przypominając pracownikowi, że jego godziny należą do Boga, a nie do kierownika. Co więcej, ta centralność nie była bierna; była czynnym, wielopokoleniowym trudem miłości. Wieśniacy nie tylko „korzystali” z posługi religijnej; przez stulecia wznosili katedrę, która ich zakorzeniała. Był to projekt „myślenia katedralnego”, w którym dziadkowie kładli potężne kamienie fundamentów pod wieże, których ukończenia sami nigdy nie mieli zobaczyć, ufając, że ich wnukowie dokończą dzieło. Ten wspólny ciężar piękna łączył żywych, zmarłych i nienarodzonych w jedną wspólnotę, jednocząc ich we wspólnym przedsięwzięciu, które wykraczało poza czysto ekonomiczną użyteczność.

Świat po pracy daje nam wolność decentralizacji i powrotu do tej „świętej grawitacji”. Możemy wrócić do mniejszych wspólnot – wioski, parafii, wiejskiej placówki – gdzie życie toczy się w tempie sprzyjającym relacjom, a nie transakcjom. Musimy też na nowo odzyskać naszą więź z przyrodą. Św. Bernard z Clairvaux powiedział słynne słowa: „Więcej znajdziesz w lasach niż w księgach. Drzewa i kamienie nauczą cię tego, czego nigdy nie dowiesz się od mistrzów”. W nieupiększonej rzeczywistości natury przypominamy sobie o naszej stworzonej kondycji. Uciekamy od sztucznej „użyteczności” betonowej dżungli i odnajdujemy pokój Bożego stworzenia. Aby rozkwitać w epoce AI, musimy zakorzenić się w tym jednym, czego maszyna nie potrafi symulować: w żywej, oddychającej ziemi i autentycznej wspólnocie dusz.

Postępując w ten sposób, przekształcamy „Egzystencjalną Przepaść” z miejsca rozpaczy w miejsce uświęcenia, zamieniając nadmiar czasu epoki AI w dziesięcinę oddawaną Bogu.


V. Wygodnie, lecz w niewoli: pułapka „ciemnej ścieżki”

Nad tą przemianą unosi się cień, niebezpieczeństwo jeszcze bardziej podstępne niż utrata pracy czy kryzys sensu. Jeśli Kościół nie zbuduje własnej infrastruktury — własnego „Uniwersytetu Duszy” — będziemy zmuszeni polegać na infrastrukturze stworzonej przez innych. Ryzykujemy, że wejdziemy po omacku w nową erę cyfrowego feudalizmu.

Musimy jasno spojrzeć na ekonomiczną rzeczywistość sztucznej inteligencji. Opracowanie najpotężniejszych „mózgów” na planecie wymaga miliardów dolarów na sprzęt i energię – zasobów, którymi dysponuje obecnie jedynie garstka globalnych korporacji technologicznych. Te firmy nie budują tylko narzędzi; tworzą nową cyfrową ziemię, na której opierać się będzie całe przyszłe społeczeństwo.

Jeśli bezrefleksyjnie przyjmiemy ich narzędzia, stajemy się „cyfrowymi chłopami pańszczyźnianymi”. Uprawiamy ziemię ich sieci naszymi danymi, za darmo trenując ich modele, podczas gdy oni zachowują pełną własność powstającej w ten sposób inteligencji. Stajemy się lokatorami w domu, który nie należy do nas, zdanymi na kaprysy właściciela, który nie podziela naszych wartości.

Niebezpieczeństwo takiej zależności nie jest teoretyczne, lecz egzystencjalne. Weźmy pod uwagę „stronniczą wyrocznię”. Wyobraźmy sobie przyszłość, w której katolicka szkoła całkowicie polega na świeckiej, opartej na AI platformie edukacyjnej. Pewnego dnia korporacyjny właściciel tej sztucznej inteligencji aktualizuje swoje „wytyczne dotyczące bezpieczeństwa”. Nagle system odmawia odpowiadania na pytania o Zmartwychwstanie, ponieważ uznaje je za „niezweryfikowane dane historyczne”, albo oznacza nauczanie Kościoła o małżeństwie jako „treści dyskryminujące” i blokuje je w klasie. W jednej chwili zdolność szkoły do przekazywania wiary zostaje sparaliżowana, ponieważ „mózg”, na którym polega, został poddany lobotomii przez komitet w Dolinie Krzemowej.

Rozważmy „pułapkę nadzoru”. Gdy zapraszamy agentów AI do naszych plebanii, ośrodków poradnictwa i domów, aby pomagali w zadaniach administracyjnych czy ułatwiali działalność duszpasterską, musimy zapytać: kto słucha? Jeśli te systemy działają wyłącznie w chmurze, należącej do firm reklamowych zajmujących się gromadzeniem danych, wówczas najbardziej intymne szczegóły katolickiego życia — nasze zmagania, nasze modlitwy, nasza kondycja finansowa — stają się towarem, który można kupować i sprzedawać. Ryzykujemy stworzenie panoptikonu, w którym wewnętrzne życie Kościoła jest przejrzyste dla państwa i rynku, lecz nieprzejrzyste dla wiernych.

Co najważniejsze, rozważ „Utratę suwerenności”. Jeśli Kościół polega na zewnętrznych dostawcach w kwestii swojej inteligencji, traci swoją wolność. Widzimy to w „kasowaniu” osób w mediach społecznościowych; wyobraźmy sobie skasowanie całych systemów diecezjalnych, ponieważ naruszają nowe świeckie dogmaty. Jeśli jesteśmy jedynie użytkownikami technologii, a nie jej właścicielami, możemy zostać w każdej chwili pozbawieni dostępu do platform.

To jest „Mroczna Ścieżka”. To przyszłość, w której jest nam wygodnie, ale jesteśmy uwięzieni. Oferuje się nam magiczne udogodnienia — zautomatyzowane homilie, natychmiastowe tłumaczenia, bezwysiłkową administrację — ale ceną jest nasza autonomia. Oddajemy klucze do Królestwa w zamian za gładszą podróż.

Kościół musi odrzucić ten układ. Musimy bronić zasady pomocniczości w erze cyfrowej. Decyzje powinny być podejmowane, a dane przechowywane na możliwie najniższym, lokalnym poziomie — w rodzinie, parafii, diecezji.

Świeckie monopole technologiczne chcą nas przekonać, że taki poziom suwerenności jest niemożliwy bez oddania naszych danych ich potężnym, bilion-parametrowym molochom. Tymczasem wraz z postępem na granicy sztucznej inteligencji wyłania się potężna, hybrydowa architektura: wdrażanie Małych Modeli Językowych (SLM) zintegrowanych z katolickim „rdzeniem poznawczym”. Te wysoce wydajne, lokalne modele pełnią rolę suwerennych strażników. Nie muszą zapamiętywać całego internetu; opierają się na bezpiecznym grafie wiedzy, aby bezbłędnie rozumować o Świętej Tradycji bezpośrednio na serwerze parafialnym lub na osobistym urządzeniu rodziny.

Arka musi jednak unieść całe życie, nie tylko teologię. Prawdziwa Suwerenna SI musi też działać jako praktyczny, codzienny asystent. Aby to osiągnąć, możemy wykorzystać heterogeniczny system oparty na architekturze „najpierw SLM, LLM jako awaryjne wsparcie”. Gdy użytkownik potrzebuje ogólnej, świeckiej wiedzy lub ogromnej mocy obliczeniowej — czy to do pisania kodu, czy analizy trendów rynkowych — lokalny SLM w sposób niewidoczny usuwa dane osobowe i kieruje zanonimizowane zapytanie do czołowych modeli chmurowych. Samo anonimizowanie wychodzącego zapytania rozwiązuje jednak tylko połowę problemu. Chroni naszą prywatność, ale surowa odpowiedź wracająca z modelu granicznego nadal będzie niosła głęboko zakorzenione ideologiczne uprzedzenia jego twórców z Doliny Krzemowej. Dlatego nasz lokalny SLM musi robić więcej niż tylko przekierowywać pytania; musi działać jako teologiczny filtr i syntezator. Gdy świecki model chmurowy zwróci wynik swoich obliczeń, lokalny SLM ocenia i osadza te dane w kontekście katolickiego „rdzenia poznawczego”, zanim dotrą one do użytkownika. Ta dwutorowa architektura — anonimizacja wychodzącego żądania i oczyszczanie przychodzącej odpowiedzi — jest tym, co rzeczywiście gwarantuje nieskazitelną wierność doktrynalną i nienaruszalną autonomię.

Potrzebujemy „suwerennej AI” — systemów, które działają lokalnie na naszych własnych urządzeniach, chronione przez nasze własne mury i ukształtowane według naszego własnego credo. Nie chodzi tu jedynie o kwestię prywatności danych; chodzi o kwestię formacji. „Suwerenny” system to taki, w którym „wagi” modelu — miliardy połączeń decydujących o tym, jak on „myśli” — są dostrojone do umysłu Kościoła, a nie do motywów zysku Doliny Krzemowej. Oznacza to budowanie narzędzi, które nie domyślnie przyjmują świecki relatywizm, gdy pada pytanie moralne, lecz czerpią z głębokiego źródła Świętej Tradycji. Oznacza to posiadanie „infrastruktury wnioskowania”, tak aby gdy katolicka szkoła, szpital czy rodzina proszą o mądrość, otrzymywali odpowiedź zakorzenioną w Ewangelii, nieskażoną uprzedzeniami obecnego momentu kulturowego.

Jednak suwerenność nie oznacza izolacji. Budując nasze własne cyfrowe arki, nie możemy porzucić publicznych mórz. Musimy także podjąć obowiązek „cyfrowego obywatelstwa”. Zbyt często Kościół spóźniał się do debat technologicznych, które kształtują nasz świat, zabierając głos dopiero wtedy, gdy beton już zdążył związać. W przypadku AI nie możemy sobie pozwolić na rolę widzów. Potrzebujemy zmobilizowanych świeckich, którzy rozumieją mechanikę tych systemów — jak ważą dane, jak optymalizują zaangażowanie i jak definiują „prawdę”. Jeśli nie rozumiemy technologii, nie możemy jej skutecznie regulować. Musimy dopilnować, by „barierki ochronne” nakładane na te potężne narzędzia nie były projektowane jedynie po to, by chronić odpowiedzialność korporacji, lecz by chronić ludzką godność.

Musimy zbudować przyszłość, w której katolik posługuje się maszyną, ale maszyna nigdy nie rządzi katolikiem. Jeśli nie będziemy właścicielami serwerów — i nie ukształtujemy praw, które je regulują — wyrzekniemy się naszego obowiązku, by zapewnić, że era cyfrowa pozostanie otwarta na to, co boskie.


VI. Zakończenie: Od produkcji do uświęcenia

Stoimy na pogrzebie „protestanckiej etyki pracy” — wielowiekowego przekonania, że wartość człowieka określa jego trud. Dla wielu brzmi to jak śmierć. Przynosi zawrót głowy „egzystencjalnej przepaści” i lęk przed byciem zbędnym. Lecz dla Kościoła nie jest to pogrzeb, lecz odsłonięcie.

Upadek „ery PKB” jest największą szansą dla ewangelizacji od czasu upadku Cesarstwa Rzymskiego. Przez dwieście lat rynek rywalizował z Ołtarzem o ludzkie serce. Rynek domagał się jego czasu, energii i niepokoju, pozostawiając Kościołowi resztki z niedzielnego poranka.

Ta rywalizacja dobiega końca. Nadchodzi maszyna, by przejąć trud. Nadchodzi, by odebrać nam lęk o przetrwanie. Oddaje ludzkości jedyny zasób, o który byliśmy zbyt zajęci, by o niego zadbać: czas.

To pozostawia nam wyraźny, zero-jedynkowy wybór.

Możemy pozwolić, by ten nadmiar czasu został pożarty przez „Cyfrowe Rondo”. Możemy patrzeć, jak całe pokolenie, pozbawione zakorzenionego sensu, rozpływa się w nowym, odważnym świecie syntetycznego komfortu, zarządzanym przez algorytmy, które trzymają je w bezpieczeństwie, otępieniu i duchowej jałowości. To droga „pustego człowieka”, w której osoba ludzka zostaje sprowadzona do roli konsumenta doznań, zamiast być twórcą życia.

Albo możemy wykorzystać tę chwilę, by zapoczątkować Nowy Renesans.

Historia uczy nas, że kultura rozkwita nie wtedy, gdy ludzie są wyczerpani walką o przetrwanie, lecz wtedy, gdy mają czas, by rozważać sprawy boskie. Jeśli Kościół wkroczy w tę lukę — jeśli zbudujemy „Uniwersytet Duszy” — będziemy mogli wykorzystać godziny, które zwraca nam automatyzacja, i uświęcić je.

Możemy zbudować cywilizację, w której „owoc” ludzkiego życia nie jest mierzony liczbą wyprodukowanych rzeczy ani ilością napisanego kodu, lecz aktami miłosierdzia, głębią modlitwy, wychowaniem dzieci i tworzeniem piękna. Możemy przejść od gospodarki Produkcji do gospodarki Uświęcenia.

Ale ta Arka nie zbuduje się sama. Wymaga nowego pokolenia Noe – mężczyzn i kobiet, którzy działają w oparciu o prawdę tego, czego jeszcze nie widać, mając wiarę, by położyć stępkę pod tę nową infrastrukturę, podczas gdy świecki świat wciąż szydzi z braku deszczu.

Potrzebujemy biskupów, którzy będą gotowi inwestować w infrastrukturę cyfrową z taką samą odwagą, z jaką ich poprzednicy inwestowali w kamienne katedry.

Potrzebujemy świeckich katolików, którzy będą gotowi opanować te narzędzia nie po to, by służyć gigantom technologicznym, lecz by zabezpieczyć naszą suwerenność.

Potrzebujemy katolickich mężów stanu i rzeczników życia publicznego, którzy odmówią oddania przyszłości „niewidzialnej ręce” algorytmu. Potrzebujemy kobiet i mężczyzn, którzy będą walczyć o ramy prawne stawiające osobę ponad zysk, tak aby sztuczna inteligencja pozostała narzędziem ludzkiego rozwoju, a nie instrumentem manipulacji.

Potrzebujemy rodzin, które będą miały odwagę wyłączyć symulację i podjąć się trudnej, chaotycznej pracy kochania prawdziwych ludzi siedzących po drugiej stronie stołu.

Musimy wsłuchać się w wezwanie papieża Leona XIV: „Nie pozwólcie, aby algorytm pisał waszą historię! Bądźcie jej autorami; korzystajcie z technologii mądrze, ale nie pozwólcie, by technologia zawładnęła wami”.

Dolina Krzemowa oferuje przyszłość, w której ludzkość wreszcie może odpocząć. Kościół oferuje przyszłość, w której ludzkość wreszcie może się wznieść.

Aby to osiągnąć, musimy zbudować jedyną rzecz, której maszyna nie potrafi zasymulować: kulturę autentycznej, nieskrojonej pod oczekiwania i ofiarnej miłości. Musimy stać się naczyniem, które poniesie pamięć o tym, co znaczy być człowiekiem, przez potop epoki cyfrowej. W końcu wody „Wielkiego Rozdzielenia” opadną. I kiedy drzwi Arki wreszcie otworzą się na ten nowy, pozbawiony pracy świat, niech to wierni wyjdą pierwsi, by uprawiać glebę tej nowej kultury, pokazując, jak żyć w naszej nowej wolności z miłością bliźniego, a nie w konsumpcji.

Maszyny odziedziczą harówkę; zadbajmy o to, by święci odziedziczyli ziemię.

Kościół jako Arka dla świata po pracy | Magisterium